IN VINO VERITAS
Na moim stoliku dziś postawię wino, bo absolutna większość naszych lokali dysponuje już całkiem przyzwoitą kartą win. Większość restauratorów zrozumiała bowiem, że w winie jest prawda! I opłaca się je serwować.
To znane od rzymskich czasów łacińskie powiedzenie sprawdza się już od tysięcy lat. Wino rozwiązuje języki i skłania do rozmowy. Jest jednym z najszlachetniejszych trunków, bo mnóstwo w nim ludzkiej pracy, a klarowną barwą, aromatem bukietu czy wielością smaków nie tylko można, ale i należy się do woli kontemplować. Niestety, nie tylko z racji klimatu nie jesteśmy krajem wina i dopiero od niedawna kultura picia tego boskiego trunku zyskuje u nas zwolenników. Wskaźniki spożycia wina przed transformacją były nie tylko tak niziutkie, że nie warto ich przytaczać, ale i zniekształcone krajowej produkcji bełtami noszącymi szumne miano wina marki „Wino". Potem nastała moda, która wywindowała średnią spożycia już najprawdziwszego wina i miodów pitnych na rekordowe 12 litrów rocznie na głowę mieszkańca. Było to w 2000 roku i już, już zacząłem czuć przynależność do Europy, ale potem - jak to niezbicie wykazuje „Rocznik Statystyczny" - spożycie zaczęło spadać i w 2007 roku wyniosło 8,9 litra per capita. Piwo za to skoczyło w tym okresie z 66,9 na 93,4 litra! Nie mam nic przeciwko, nie mniej chylę czoła przed tymi wszystkimi, którzy stawiają na wino i robią wszystko, aby promować kulturę picia tego trunku w Polsce. Jednym z nich jest twórca firmy „wine4you" z siedzibą w Piasecznie - Jarosław Cybulski. To on wymyślił i systematycznie organizuje Światowy Festiwal Win w Warszawie. Nazwa może i szumna, ale jest to bodaj jedna z najbardziej liczących się degustacji win w Polsce. Właśnie odbyła się po raz piąty, a zatem mieliśmy mały jubileusz. W salach hotelu „Kyriad Prestig" 52 producentów i handlujących winem firm z dwunastu krajów - od Australii po Włochy - zaprezentowało ponad 300 gatunków wina i szampanów w cenach od dolnych półek, czyli po dwadzieścia kilka złotych, do rarytasów w granicach tysiąca. Akredytowało się i przyszło na festiwal blisko tysiąc zainteresowanych, w tym 700 restauratorów. Właściciel „wine4you" sumiennie opiekował się zebranymi gośćmi i z satysfakcją obserwowałem, jak osobiście doradzał w doborze odpowiednich win szefowej wziętej warszawskiej restauracji „Nei Fiore". Oczywiście włoskich win, do włoskich potraw. Jarosław Cybulski nie jest osamotniony. Bodaj dwa lata temu z radością powitałem otwarcie winiarni Roberta Mielżyńskiego na Powązkach oraz Vinoteki la Bodega na Nowym Świecie, a także węgierskiej Borpince, czyli piwnicy z winem na ulicy Zgoda. Były to nowe akcenty w warszawskiej gastronomii, urocze miejsca z prymatem wina nad tamże serwowanym dobrym jedzeniem i z góry ustaloną marżą (wtedy 10 zł) do ceny każdej pitej na miejscu butelki wina. W Warszawie zapachniało mi Burgundią i Tokajem, a powodzenie tych lokali stało się zachętą do pójścia w ich ślady. Mały sklepik z węgierskimi winami „Korkociąg" przy ulicy Emilii Plater poszerzył się o sąsiadujący przez ścianę lokal i już można tam nie tylko kupić butelkę, ale i na miejscu zdegustować, wypić i co nieco zjeść. Tego typu miejsc jest coraz więcej. Pisaliśmy niedawno o otwarciu „Vinerium" na ulicy Bednarskiej, a ostatnio dołączyła do tego grona „Stacja Rynek" sterowana przez Roberta Berezę oraz Jacka Sas-Uhrynowskiego zapamiętanego przez świetną rolę w filmie „C.K. Dezerterzy" Janusza Majewskiego. „Stacja Rynek" była jedną z restauracji z ogródkiem piwnym na warszawskim Starym Rynku, ale ostatnio postawiła właśnie na szlachetny trunek i tym samym Starówka wzbogaciła się o klasyczną winiarnię. Dzięki temu w upalne popołudnie w ogródku piwnym „Stacji Rynek" opodal Syrenki będzie się można wreszcie napić szprycera. Bo nic tak nie chłodzi i nie smakuje w upały, jak właśnie szklanka białego wina z gazowaną wodą mineralną! I jak zagustujemy w tym trunku, to i wskaźniki spożycia pójdą szybciej w górę! I to bez upijania się winem!