KUCHARZY MAMY WYBITNYCH
Katarzyna Teleżyńska: Podobno kuchnia to pański azyl. Jak narodziła się pańska fascynacja sztuką kulinarną i skąd czerpie Pan inspiracje kulinarne?
Kuchnia to faktycznie miejsce, gdzie się relaksuję. Fascynacja gotowaniem rozpoczęła się, kiedy miałem kilkanaście lat z bardzo prozaicznych przyczyn. Zostawałem dość często sam w domu i musiałem sobie radzić. Z czasem stało się to dla mnie przyjemnością, zwłaszcza, kiedy znajomi chwalili mnie za nawet najprostsze potrawy, które potrafiłem zrobić. W tej chwili jedynie pogłębiam swoją wiedzę na ten temat, zwłaszcza podczas podróży, które mnie inspirują. Mam na myśli nie tylko te dalekie, ale również wtedy, kiedy jeżdżę po kraju ze spektaklami.
W takim razie proszę zdradzić, jakie jest pańskie popisowe danie?
Akurat w tej chwili specjalizuję się w kurczaku w koniaku z serem gorgonzola i wieprzowinie w sosie mleczno-rozmarynowym. Słowem, prostych daniach kuchni włoskiej. Z trudniejszych i znacznie bardziej czasochłonnych wymieniłbym schab po chińsku w papryce na słodko-kwaśno.
Zapachniało orientem. Kuchnia polska przeżywa swego rodzaju renesans. Co Pan, Ślązak z dziada pradziada, sądzi o naszych tradycjach kulinarnych?
Potrawy kuchni śląskiej faktycznie nie należą do moich ulubionych, ale czasami za nimi tęsknię. W Warszawie brakuje mi typowego śląskiego żuru, ale kiedy jestem w rodzinnym Chorzowie to natychmiast nadrabiam zaległości. Czasami przywożę zakwas i robię prawdziwy żur dla przyjaciół. Renesans polskiej kuchni jest prosty do wytłumaczenia. Mamy wyśmienitych kucharzy, świetne przepisy, lecz przez lata minionej epoki byliśmy żywieni byle czym i byle jak w stołówkach zakładowych, bo przecież na wyjście do restauracji mogło sobie pozwolić niewielu. Do eleganckich lokali, gdzie w karcie był nie tylko kotlet pożarski z ziemniakami i garni(!?), chodzili jedynie taksówkarze i cinkciarze, czyli jak się wtedy mówiło „niebieskie ptaki". Przecież porządny obywatel jadał w domu, a w knajpie do wódeczki zamawiał jedynie nóżki, które zresztą ciągle gdzieś wychodziły. Poza tym dostępność produktów, a zwłaszcza przypraw, też jest nieco inna niż wtedy.
Podróże to kolejna z pańskich pasji. Proszę powiedzieć, kuchnia jakiego kraju skłoniłaby Pana do dłuższego pobytu?
Mój prywatny ranking krajów, w których mógłbym jeść, jeść i jeść nie jest długi. Pierwsze miejsce zajmuje w nim Malezja. Mieszanka kulinarno-etniczno-kulturowa Hindusów, Chińczyków i Malajów przynosi taki wachlarz cudownych dań, zapachów i smaków niezależnie od tego, czy się je spożywa na ulicy, czy w eleganckiej restauracji, że powrót do polskiej rzeczywistości jest niezwykle trudny. Na drugiej pozycji plasuje się Italia. Po każdej wizycie we Włoszech wracam do Polski z bagażem kilku kilogramów więcej. I na tym lista się zamyka.
Według Piotra Bikonta, krytyka kulinarnego, dobra restauracja powinna przede wszystkim pachnieć dobrym jedzeniem. Pan, odwiedzając kolejne kraje i smakując rodzimych przysmaków, z pewnością potrafi z rękawa rzucać anegdotami. Jakie kryteria musi spełniać restauracja, by zasłużyć na pańskie uznanie?
Z restauracją jest tak, jak z kobietą. Musi mieć to coś. Podczas podróży po kraju głównym kryterium wyboru lokalu jest dla mnie ilość osób na sali i samochodów na parkingu. Nigdy nie wchodzę do pustych restauracji, nawet jeśli w najbardziej wyszukany sposób reklamują swoje walory. Wystrój wnętrz, czyste i higieniczne toalety sporo mówią o właścicielach. Podobnie i zapachy z kuchni.
Zatem restauracja, do której zawsze Pan wraca to...
Hinduska restauracja „Ganesh" na warszawskim Ursynowie. Coś wspaniałego! Nawet najbardziej wybrednych znawców kuchni hinduskiej i bywalców Azji jest w stanie zadowolić. Gorąco polecam!
Aktorstwo i kuchnia... czy te dwie ważne dziedziny w pańskim życiu przenikają się, mają jakieś wspólne punkty?
Jeden wspólny punkt już był. Grałem w serialu „Dziupla Cezara", którego akcja toczyła się w małej francuskiej knajpce prowadzonej przez młodych ludzi. Moja rola ograniczała się do tłuczenia talerzy i wypijania wina, ale przygoda gastronomiczna była. Nawiasem mówiąc, niedawno tytułowy Cezar, czyli Piotr Adamczyk otworzył swoją restaurację. Poza tym moim marzeniem teatralnym jest „Kolacja na cztery ręce", gdzie podczas trwania spektaklu cały czas zajada się pyszności. Być może to będzie drugi wspólny punkt?
Prowadzi Pan imprezy kulinarne, zasiada w jury degustacyjnym podczas konkursów gastronomicznych. Którego z polskich kucharzy szczególnie Pan ceni?
Jak już wcześniej wspomniałem, kucharzy mamy wybitnych. Ze znanych mi cenię Darka Strusińskiego z hotelu Anders w Starych Jabłonkach. Z kolei z osobowości kulinarnych, znanych z mediów, najbardziej przekonuje mnie Karol Okrasa, który nie dość, że gotuje wybornie, to jeszcze jest showmanem w pełni tego słowa znaczeniu. Na jego pokazach nikt się nie nudzi.
A gdyby to Panu zaproponowano poprowadzenie programu poświęconego kulinariom, czy zdecydowałby się Pan na to? A jeśli tak, jak wyglądałby scenariusz takiego show?
Myślę, że sprostałbym takiemu zadaniu. Odwiedzałbym z kamerą właśnie przydrożne bary, knajpy i restauracje, a także nowe miejsca z klimatem. Takie, jak choćby niedawno odwiedzona przeze mnie „Spiżarnia" w Kielcach. Oczywiście chętnie robiłbym to również za granicą.
Od kiedy zapanowała moda na gotowanie coraz więcej osób ze świata show biznesu firmuje swoim nazwiskiem restauracje, wydaje książki poświęcone sztuce kulinarnej. Czy nie myślał Pan nigdy o otwarciu własnego lokalu lub publikacji książkowej?
O otwarciu restauracji pomyślę dopiero, kiedy znudzi mnie aktorstwo. Ponieważ chyba sam lubiłbym nad wszystkim czuwać, a i gotowałbym w niej, jeśli naszłaby mnie ochota. Spokojnie natomiast mógłbym wydać atlas „Knajp przydrożnych". Kiedy jeździmy ze „Smakiem Mamrota" koledzy śmieją się, że znam wszystkie tego typu miejsca w Polsce, gdzie można smacznie zjeść. Na szczęście zwykle ich nie zawodzę! Choć to niełatwe, bo Ewa Kuryło i jej mąż Piotr Pręgowski są na permanentnej diecie!
Zatem na koniec pytanie o kultowy serial Ranczo, ale od kuchni. Proszę zdradzić, co tak naprawdę pili stali bywalcy serialowej ławeczki?
Jako Mamrota piliśmy wodę z sokiem, natomiast jako piwo serwowano nam za słodki i zbyt gazowany, jak dla mnie oczywiście, napój gruszkowy sprzedawany w sklepach z meblami!
Dziękuję za rozmowę.