COŚ NA UPAŁY
Lipcowe upały przypomniały nam, że latem gastronomia przede wszystkim napojami stoi. Bezalkoholowymi oraz alkoholowymi, od wody mineralnej poczynając, przez mnogość owocowych soków, spory wybór piwa, a na winach i szampanie kończąc.
O mocniejszych trunkach nie wspomnę, ale jeśli już ktoś sobie pod wieczór zamawia wódkę, to z reguły dostaje dobrze zamrożoną, a whisky z dowolną ilością lodu i wody sodowej. Od Karpat po Wybrzeże nie tylko puby i restauracje, ale i wakacyjne budy z dobrze ochłodzonymi napojami nieźle sobie radziły z upałami i, w przeciwieństwie choćby do komunikacji miejskiej w Warszawie, lepiej zdały egzamin. Większość stołecznych tramwajów i autobusów jest wprawdzie wyposażone w aklimatyzację, ale nie zawsze ją włączano, otwierając w zamian okienka, przez które walił upał. Wróćmy wszakże do mego stolika, na którym kolejno będę stawiał coś dobrego do picia. Zgodnie z lekarskimi zaleceniami bowiem, w upały organizm trzeba odpowiednio, co najmniej 2 litrami płynów, nawadniać. A patrząc na pełen gości pod parasolami warszawski Stary Rynek oraz wszystkie stołeczne ogródki, wynikałoby, że co najmniej jedna czwarta tej ilości napojów wypijana była właśnie w lokalach gastronomicznych. Bo w te lipcowe dni bez picia żyć się nie dawało! Zacznijmy od tego, co najzdrowsze i przez lekarzy zalecane, czyli wody mineralnej. Otóż minęły czasy, kiedy na stolik zręcznie przemycano buteleczkę, która przy płaceniu rachunku okazywała się francuskim Perrnod! Od Nałęczowianki po Kroplę Beskidu mamy świetne wody mineralne, na użytek gastronomii w szklanych butelkach, eleganckie i tanie. Polskie soki owocowe, od Hortexu po Tymbark, są podziwiane przez zagranicznych gości, którzy nie mogą się nachwalić naszej czarnej porzeczki czy żurawiny. Rzeczywiście, są to autentyczne, znakomite trunki. Piwa polskie - Lech, Okocim, Tyskie i Żywiec, że wymienię najpotężniejsze koncerny, też wygrywają konkurencję z zagranicznymi markami, a przecież jest jeszcze mnóstwo mniejszych, lokalnych, naprawdę dobrych browarów. I tu rzecz ważna - polskie piwo wchodzi na zagraniczne rynki. Za sprawą naszej zarobkowej emigracji. I w Irlandii Polacy wolą żywca niż guinnessa! Dodajmy do tego kawy mrożone oraz wszelkiego rodzaju oszronione mazagrany w różnych kolorach z przewagą zielonych od mięty, którymi wabiły spragnionych czegoś zimnego kawiarnie. Wybór był duży. Jest wszakże jeszcze coś dla ochłody, u nas, niestety, powiedziałbym odłogiem leżące. A mianowicie wino! Przywykło się bowiem w Polsce traktować wino jako element podnoszący rangę posiłku, coś szlachetnego. Może dlatego, że nie jesteśmy krajem produkującym wino. Ale tradycje picia wina przecież mamy. I to bogate. Przez Polskę tokaj, zwany u nas węgrzynem, wędrował na królewskie stoły do Francji i Anglii, a obecnie posiadamy jeden z najbogatszych rynków win na świecie. Właśnie dlatego, że nie produkujemy wina! Więc sprowadzamy je z całego świata - z wszystkich krajów Europy, Ameryki Południowej i Północnej, Afryki oraz Australii. Ostatnio - sensacja - na półkach naszych sklepów winiarskich widziałem nawet wina z Chin i Japonii! Blisko 700 firm zajmuje się u nas importem win, który sięga 140 tysięcy hektolitrów rocznie. Powoli też wzrasta spożycie wina w Polsce i waha się w granicach 10 litrów na mieszkańca. To nic w porównaniu nie tylko z Francją czy Włochami, ale i z Bułgarią czy Węgrami, gdzie spożycie wina bywa wielokrotnie wyższe. Również dzięki szprycerom, które pija się w upał. Szprycery robi się z lekkich, przeważnie białych win, z beczki. Tanich. Mały szprycer to decylitr wina i dwa razy tyle wody sodowej. Duży szprycer odwrotnie, dwa na dwa. Lżejsze pod względem alkoholu niż piwo. I tańsze! Mimo systematycznej promocji picia wina prowadzonej w Polsce nie tylko przez parę potentatów, takich jak „Centrum Wina" Piotra Kameckiego oraz „Wine 4you" Jarosława Cybulskiego, oraz ciekawie redagowane czasopisma, nie doszliśmy jednak jeszcze do szprycera jako popularnego napoju cudownie zaspokajającego pragnienie. A szprycer to jakby przedszkole picia wina. Prędzej czy później wszakże, w miarę corocznych upałów, do tego dojdziemy. I wtedy nie będziemy musieli jeździć na Słowację, Węgry czy do Austrii, aby napić się szprycera. Ale na razie, dla zachęty, zróbmy go sobie sami w domu z najtańszej białej Sophi. Na zdrowie!