Polityka prywatności Mapa strony
Home O nas Nakład i dystrybucja Reklama Jak otrzymać Hurtownie dla cateringu Archiwum Kontakt
ZOOM

Kultura - Ale wstyd


Autor: Rafał Boruc

ALE WSTYD

Kradzione nie tuczy - brzmi popularne przysłowie. Polacy jako naród praktyczny, przywiązujący wagę do mądrości ludowych, z powodzeniem wcielają je w życie. W efekcie coraz bardziej modna staje się nowa wakacyjna dieta, polegająca na wynoszeniu jedzenia ze stołówek.

Jego późniejsze pałaszowanie w zaciszu hotelowego pokoju, podczas krajoznawczej wycieczki czy pobytu na zalanej słońcem plaży, to samo zdrowie. Czy wczasowicze bez umiaru wynoszą i jedzą, bo są przekonani, iż nie utyją? Powyższy wstęp brzmi ironicznie, ale sprawa jest niestety poważna. Proceder ma miejsce w hotelach, domach wczasowych, ośrodkach wypoczynkowych, pensjonatach, restauracjach - wszędzie tam, gdzie posiłki są serwowane w postaci bufetu szwedzkiego. „Nowa dieta" jest popularna zarówno w kraju, jak i zagranicą. Tam nawet bardziej, zważywszy na, z reguły wyższe niż w Polsce, koszty wyżywienia. Wystarczy odwiedzić jakiekolwiek internetowe forum dotyczące wyjazdów wakacyjnych, aby naczytać się opisów i negatywnych opinii na temat wynoszenia jedzenia. Januszek z Koluszek zauważa, że „w Tunezji nawet z owocem w ręku zatrzymują turystów. Chcesz zjeść - proszę bardzo - jedz w restauracji. Jednak poza salę nie wolno ci wynieść nawet śliwki. Często widzę jak ludzie kombinują, by wynieść (czytaj ukraść) jogurt albo kanapki, aby sobie coś zjeść za trzy godzinki, jak zgłodnieją. Potem na plaży te swojskie widoki rodem z Polski - rodzinka z wałówką". Z kolei Dagma71 pisze, iż „rzeczywiście wygląda to żałośnie - sama podczas pobytu w Kołobrzegu widziałam, jak ludzie dosłownie po 10-20 deko wędlin i serów, do tego pół bochenka chleba wynosili ze stołówki i wydaje mi się, że dożywiali w ten sposób dojeżdżające osoby". Turyści sami dostrzegają niewłaściwość tej sytuacji. Marek Z. uważa, że „dopóki siedzę przy stoliku, mogę jeść do woli. Natomiast ładowanie do torebki i czekanie na nieuwagę kelnerki, aby tylko czmychnąć z restauracji z jedzeniem, to kradzież". Bardzo cenną radę ma natomiast Gość: „jeżeli chcemy oszczędzić na jedzeniu, może warto pomyśleć o wynajęciu apartamentu lub domku z kuchnią. Wtedy można do woli gotować przywiezione lub zakupione towary. Wychodzi taniej". Amatorzy dodatkowych darmowych porcji najczęściej tłumaczą swe postępowanie w mniej więcej taki sposób. „Przecież wykupiłem posiłki, czyli płacę za ten bufet. Mam go w cenie pokoju. Skoro z bufetu można korzystać do woli, nie można mi zabronić dodatkowych porcji na wynos. Płacę, to korzystam, ile się da. A zresztą ile wyniosę? Właściciel ośrodka nie tylko tego nie zauważy, ale nawet nie odczuje". Niestety odczuwa to boleśnie w swej kieszeni. Oprócz tego, że wynoszenie jedzenia ze stołówek jest nieprzyzwoite, powoduje duże straty. Hotelarze i właściciele ośrodków wypoczynkowych otwarcie przyznają, że zjawisko to rośnie z roku na rok. Goście powszechnie traktują bufet szwedzki jak naturalny rezerwuar żywności na pozostałą część dnia. Zdarza się, że koszt śniadania w przeliczeniu na osobę rośnie w sezonie nawet dwukrotnie. Właściciele ośrodków muszą jakoś te koszty pokryć i podnoszą ceny posiłków. W rezultacie za postępowanie nieuczciwych wyższą cenę płacą uczciwi turyści. Koszty posiłków to jednak nie wszystko. - „Po każdym sprzątaniu pokojowe wyrzucają góry jedzenia wyniesionego uprzednio ze stołówki. Najczęściej od razu widać, że zostało sporządzone przez naszą kuchnię" - mówi Anna Majewska, właścicielka pensjonatu Muszelka w Kołobrzegu. - „To nie tylko marnotrawstwo, ale coś znacznie gorszego - to grzech" - dodaje. Jak walczyć z procederem wynoszenia jedzenia? Przedsiębiorcy dopracowali się kilku metod. Nie wszyscy zresztą walczą. - „Wynoszenie jedzenia z bufetów szwedzkich - najczęściej po śniadaniu i obiedzie - zdarza się, natomiast nie zwracamy uwagi naszym gościom, ponieważ uważamy, że jest ono wkalkulowane w ryzyko zawodowe, jakie niesie ze sobą biznes hotelowy" - wyjaśnia Karolina Wantulok, dyrektor marketingu hotelu Gołębiewski w Wiśle. Nie wszyscy mogą sobie jednak pozwolić na taki luksus. Niektórzy właściciele wrócili do sprawdzonego porcjowania posiłków. Prawie jak za starych, dobrych czasów FWP. Z tą wszakże różnicą, że pojawiły się eleganckie karty dań, z których każdy może wybrać posiłek dla siebie. Na każdym stole znajduje się świeże pieczywo. Dżem, miód i masło - bez ograniczeń. Menu śniadań jest codziennie inne, z reguły każdego dnia kilka zestawów do wyboru. Jeżeli ktoś jest głodny, może liczyć na dokładkę. Takie rozwiązanie oznacza więcej pracy dla personelu kuchni, ale przy dobrej organizacji system przygotowania i podawania na talerzach może okazać się skuteczniejszy od bufetu. Skoro serwowanie posiłków w formie bufetów nastręcza tyle problemów, dlaczego restauratorzy nie porzucą tej formy serwisu? Odpowiedź jest prosta - bo to bardzo praktyczne rozwiązanie. Oznacza łatwość przygotowania i obsługi w porównaniu z klasycznym podawaniem na talerzach. Ponadto bufety są bardziej stylowe, markowe i podkreślają wysoką klasę obiektu. W powszechnym odbiorze bufet śniadaniowy podnosi prestiż obiektu. Jak zatem podnieść efektywność tego rozwiązania? Niewielki skutek odnoszą wszelkiego rodzaju tabliczki z apelami typu: „Uprzejmie prosimy nie wynosić jedzenia ze stołówki", „Przyrządzanie kanapek i wynoszenie jedzenia ze śniadania jest zabronione", „Zabrania się wynoszenia jedzenia oraz naczyń i sztućców poza teren stołówki". Skuteczniejsze jest zwracanie uwagi osobom wynoszącym jedzenie, że nie wolno tego robić. Czyni to personel - z reguły ta sama osoba, która przy wejściu na stołówkę sprawdza numer pokoju gościa. Wprawdzie dochodzi czasami do nerwowych reakcji upominanych, jednak ostracyzm ze strony innych współbiesiadników z reguły mityguje amatorów ponadnormatywnych dań na wynos. Niektórzy przedsiębiorcy poszli jeszcze krok dalej. Ich rozwiązanie wydaje się najskuteczniejsze. Otóż na drzwiach stołówek oraz na stolikach pojawiają się informacje, że za wynoszone jedzenie trzeba płacić, czasami nawet ustala się cennik. Restauratorzy wręcz zachęcają do przygotowywania dań na plażę. Na przykład kanapka kosztuje 2 zł, a zestaw obiadowy 12 zł. Przy wyjściu znajduje się stolik kelnerski, przy którym kelner inkasuje należność, drukując przy tym paragon fiskalny. Takie działanie wywiera psychologiczny wpływ na gości. Przede wszystkim nie ma już niedomówień i usprawiedliwienia, że przecież to tylko jedna kanapka. Cennik jasno określa sytuację, w której wyniesienie posiłku bez zapłaty staje się po prostu kradzieżą. Poza tym sprzedaż „na wynos" nie tylko zmniejsza straty, ale przynosi dodatkowe dochody. Byłoby pięknie, gdyby opinia o Polakach była jak najlepsza. Żeby nie tylko czescy restauratorzy - co zauważył przedstawiciel naszej redakcji - nie musieli wywieszać kartek w naszym języku, prosząc o niewynoszenie jedzenia z posiłków. Niech inne nacje uczą się od rodaków jak zachowywać się na wakacjach. Wprawdzie kradzione nie tuczy, ale także nie przynosi chluby.

 



Galeria






Projekt i wykonanie: a-tech.pl
Copyright by Poradnik Restauratora 2009 (c), wszystkie prawa zastrzeżone!