RESTAURACJA VS BANK
W Nowy Rok wypada życzyć wszystkiego najlepszego, a tu kryzys puka do drzwi. Czy również do drzwi restauracji oraz całej polskiej gastronomii?
Cudem byłoby, gdyby nasza gastronomia nie odczuła negatywnych konsekwencji światowej zapaści, która odciśnie się zapewne i na gospodarce. Może w mniejszej mierze niż na gospodarce Stanów Zjednoczonych i Zachodniej Europy, ale przecież Wojciech Macutkiewicz, który zarządza dwiema włoskimi restauracjami „Pomodoro" na przedmieściach Warszawy - na Bemowie oraz w Ursusie, mówi mi, że oznaki kryzysowego dopustu w gastronomii póki co bardziej odczuwa Wielka Brytania niż Polska. Wracają bowiem z Wysp nie tylko nasi kelnerzy, ale i wysoko cenieni tam kucharze. - U nas wszystko w porządku - zapewnia prezes „Pomodoro". - Frekwencja na normalnym poziomie, również catering dopisuje. Grudzień był w porządku. Miło mi to słyszeć, ale „Pomodoro" jest w dogodnej sytuacji. Wykupiło lokale, w których prowadzi działalność. Po cenach zdecydowanie niższych niż w centrum Warszawy. I trafia do mieszkańców dynamicznie rozwijających się obrzeży Warszawy.
Z Bemowa czy Ursusa już nie jeździ się na kolację do centrum, skoro ma się pod ręką dobrą pizzerię. „Pomodoro" zainwestowało mądrze i nie musi zmagać się z horrendalnymi czynszami, które nękają restauratorów prowadzących działalność w śródmieściu. Nim pojawił się kryzys objawiony przez byłego szefa amerykańskiego centralnego banku Alana Greenspana, restauratorów warszawskich, zwłaszcza tych na Starówce i Królewskim Szlaku od Zamku do Sejmu, sporo kosztowały niespotykane we wrześniu chłody i fatalna pogoda, które spowodowały zmniejszenie napływu turystów i opustoszenie ogródków. Byli tacy, którzy przeinwestowali i musieli oddać pole bankom, którym przecież i tak żyje się bardzo dobrze. To one, otwierając niezliczoną wprost ilość filii, wywindowały w stolicy wysokość czynszów. „Gazeta Wyborcza" przechrzciła żoliborski plac Wilsona na Bankowy, bo co pada tam jakiś sklep spożywczy czy kawiarenka - w tym przypadku konkretnie „Różanka" i cukiernia L. Zapart - to powstaje nowa filia któregoś z banków. Podobnej ofensywy bankowości doświadczyłem na Ochocie. Na tylko jednym odcinku ulicy Grójeckiej, wzdłuż zaledwie jednego przystanku tramwajowego, góra 500 metrów, obok siebie rozkwitły Polbank, Dominet, mBank, GE Money Bank, db kredyt, Millennium, Nordea i Skok! Pojednej stronie ulicy aż 8 banków!
I tylko jedna knajpa - gospoda „Pod Kogutem". Bardzo przyzwoita, z dobrą polską kuchnią, przystępnymi cenami. I właśnie ją zamknięto. A na jej miejscu otwarto - a jakże! - kolejny, dziewiąty już bank - Alior! Do kompletu! Po drugiej stronie ulicy, na tymże odcinku, są jeszcze cztery filie banków (przepraszam, ale nie będę już ich wymieniał) i jeden jedyny lokalik gastronomiczny - „Latający kufer". Na Żoliborzu ofensywa banków wywindowała czynsze za skromny lokalik do 19 tysięcy zł miesięcznie. Nie wiem, jakim czynszem zamordowano „Koguta", ale już go nie ma. Można za to wziąć kredyt na wysoki procent i nie wydać grosza na posiłek, bo po prostu nie ma nawet gdzie czegoś przekąsić! Kryzys kryzysem, ale z warszawskiej perspektywy raczej wyraźnie widać, że stołeczna gastronomia przegrywa nie tyle z gospodarczą zapaścią, co raczej z bankami. Nic w tym chyba dziwnego, bo handlować pieniędzmi jest znacznie łatwiej niż usmażyć befsztyk z polędwicy.
Niemniej Do siego roku!